Postanowione jedziemy. Co ma być to będzie!
Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować :D
Od pomysłu do realizacji minęły 2 miesiące. Całe długie miesiące oczekiwania...tzn w tedy mi się tak wydawało. Patrząc na to teraz z perspektywy "on pojechał, ona została" mogę śmiało powiedzieć, że dni przed wyjazdem leciały jak z bicza strzelił. Nie miałam pojęcia, że czas może aż tak zwolnić - żółwie tempo to przy tym ekspres. Dzień, za dnień, niby ubywa, niby leci, niby idziemy do przodu ALE jakoś tak stoimy w miejscu.
K. ma 10,5 miesiąca, więc nasze dni wyglądają bardzo podobnie, do tego K. uwielbia rutynę, dlatego jeżeli poszalejemy to trzeba to zawsze odchorować, a odchorowywanie w jej wydaniu jest bardzo ciężkie ;).
Głównym moim zajęciem jest odliczanie dni...jeszcze "tylko"96, 95, 94 (cholera! Czy to się kiedyś skończy?)...nie chcę liczyć, nie chcę skreślać, nie chce stać i patrzeć w kalendarz, nie chcę ale jakaś tajemnicza siła każe mi to robić. I co począć?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz